"Kiedy ulepszysz teraźniejszość,

wszystko co po niej nastąpi

również stanie się lepsze. "


Paulo Coelho



środa, 21 maja 2008

Pytania do Boga - serce czy rozum?



Freud byl zdania, ze sily psychiczne w czlowieku stanowia przeciwne bieguny, ktore raz po raz scieraja sie ze soba w walce o wylacznosc. Emocje i rozum, smierc i zycie, radosc i smutek. Przeszly swiat opieral sie na sercu, przychodzi czas na rozum i logike. Nauka mowi, wszystko co nie opiera sie na logice i nie jest namacalne oraz zdolne do zmierzenia - nie istnieje. Duchowosc/mistycyzm mowi; idz za sercem, ale by to zrobic bedziesz musial byc silnym czlowiekiem.

- Co muszę robić by osiągnąć świętość? - zapytał pewien podróżny.
- Idź za twym sercem - powiedział Mistrz.
Spodobała się ta odpowiedź podróżnemu.
Zanim jednak odjechał, Mistrz szepnął mu na ucho:
- By pójść za swym sercem będziesz musiał być mocnym człowiekiem.

De mello

Contradiction. Czego sluchac? Serca czy rozumu? Swojej intuicji czy racjonalnych przeslanek? Zaczelam zaglebiac sie w problem i nie znalazlam odpowiedzi. Podobno jej nie ma, a wszystko co sobie odpowiadamy jest tylko nasza wiara i sposobem spostrzegania rzeczywistosci.

Zaobserwowalam pare punktow odnosnie tendencji wiekszosci. Im jest sie starszym, im dluzej przyzwyczajamy sie do jednej rzeczywistosci, tracimy ochote na walke o glebie emocji, o magie czy ogolnie o spostrzeganie czegos wiecej niz tylko tego, co jawi sie przed oczami. Zyjemy spiac. Sytuacje trwajace dlugo tworza powiazania psychologiczne, ktore mylimy czesto z czyms, czym juz dawno nie jest. Na przyklad taki Kosciol Katolicki. Wyznaje zasade jednej milosci do konca zycia. I ta wiara na poczatku istnieje...do poki zycie jej niezweryfikuje. I chociaz czesto emocje umieraja i zostaje przyjazn i powiazania poprzez wspolny majatek, dzieci itd, czyli –moim zdaniem – wszystko co nie opiera sie na milosci samej w sobie ale na tych powiazaniach i znanej rzeczywistosci – wczesniej wiara w milosc do konca zycia jak wyznaje Katolicyzm ma sie nijak do jej wiary w prawde emocji po latach. W koncu, gdy milosc odchodzi Kosciol nie akceptuje rozwodow. Wiec nastepnie popieraja rozum. Nie odejde bo przysieglam. Nie odejde bo sa dzieci. Nie odejde bo jest majatek. Nie odejde, bo to bedzie grzech. Moze widze to tak, poniewaz moja wiara w milosc ma sie nijak do niewolnictwa powiazan psychologicznych. Wyznaje zasade de Mello (jak tysiace razy wspominalam), milosc prawdziwa istnieje bo.....istnieje. Po prostu jest. Ale nie jest to chyba ziemska milosc. Przynajmniej nigdy takiej nie spotkalam. Okazuje sie, ze ja racjonalistka nosze w sobie wiare w cos nieziemskiego. Zabawne.

Mistrz wprawił uczniów w wielkie zakłopotanie, kiedy pewnego dnia
oświadczył jednemu z biskupów, że ludzie religijni mają naturalną
skłonność do okrucieństwa.
- Dlaczego? - zapytali uczniowie po odejściu biskupa.
- Dlatego, że zbyt łatwo poświęcają ludzi, by tylko osiągnąć
zamierzony cel - brzmiała odpowiedź Mistrza.

De Mello

Drazac dalej, przychodzi mi do glowy, ze chyba tylko wariaci podazaja za tym co czuja. Jezeli jest sie przez cale zycie wariatem, wtedy rani sie wielu ludzi wokol, wtedy wiele sie burzy, wtedy nic nie jest schematem i czesto nie ma sie pojecia, gdzie czlowiek podaza. Serce staje sie tajemnica, a ty skaczesz w otchlan, nie wiedzac czy jest tam stabilny grunt. Trzeba byc naprawde odwaznym czlowiekiem. Wariatem – jak wielu by powiedzialo. Albo egoista – jak by zaznaczyli inni. W koncu mysli sie o tym co sie czuje, slucha sie wnetrza siebie i za tym podaza. A nie to, co czuja czy mysla inni. Latwiej jest jezeli chodzi o prace, o pieniadze, ale jezeli chodzi o to co dotyka potrzeby czlowieka, wykreowanej przez wieki, a moze istniejacej ot tak....i nawet ona sie konczy kiedys... wtedy jest dylemat.

Nadal czuje sie zle na tym swiecie... Zlamaly mnie wydarzenia ostatnich miesiecy, znowu kumulujac sie do ostatniej kropli by sie w koncu przelac. Trace ducha.... Utracilam znowu widok swojej drogi i szukam zrozpaczona znaku...

Czy sluchac serca czy rozumu?


"I sit here drinking my tea
raw emotions won't let me be
Sorrow I see in the cup
hopelessly running like a pup.

Why is sorrow on my list?
As I sit here I get pissed.
Sorrow is an emotion I don't need
just like love, anger and greed.

Sorrow is in my cup but I don't stop
drinking for I would rather drop.
My emotions come out now and again,
it’s only fair this one leave the den.

I would offer you a seat to take
but sorrow could be just as bad as hate.
So leave shall you now, I show you the door
I wish I wasn’t such a bore.

Sorrow is where I am now
Please get up no need to bow,
Sorrow is what you see in me,
so drowned in my cup I will always be "
(unknown)

4 komentarze:

aurora pisze...

Kiedys napisałabym Ci, abys słuchała serca. Dzisiaj odpowiem - tak, słuchaj serca jesli kochasz siebie tak bardzo, że ufasz iż Twoje serce potrafi wybrać drogę, która Cię nie skrzywdzi.
Osobiscie kierowałam się w życiu sercem. Myslę, że dlatego, iż było mi tak wygodnie - nie musiałam walczyć wybierając się w podróż do miejsca przez niego wyznaczonego.
Po zdobyciu celu jednak okazywało się, że jednak muszę dokonywać wyborów pomiędzy swoim dobrem a tej drugiej osoby.
Dokonywałam kierując się sercem... aż przyszedł taki dzień, w którym zadałam sobie pytanie, czy naprawdę zasługuję tylko na substytuty miłosci? Bo skoro to co wybrałam nie potrafi mi dać esencji miłosci to znaczy, że ja sama nie potrafię sobie jej ofiarować.
Dzisiaj jestem "Mądra" a to znaczy, że kieruje się sercem, które kocha mnie samą na tyle, iż mogę mu zaufać i wsłuchać się w niego bez obawy, że wyprowadzi mnie na manowce.
Temat, który poruszyłas z pozoru wydaje się być trudnym.
Jesli kogos Kochasz, a ta osoba wysyła Ci sygnały, które tolerujesz w ramach Miłosci, ale których tak naprawdę nie akceptujesz, albo nie są pożądane to znaczy, że już Twoje serce wysłało Ci sygnał, iż ten którego wybrałas nie jest dla Ciebie odpowiedni. W tym miejscu dochodzi do odsłony tak naprawdę Miłosci do siebie samego i tego, ile jestesmy w stanie zniesc w ramach utrzymania pozorów istnienia bezinteresowanej miłosci do nas samych przez osobę drugą.
Utrzymanie tego związku, pomimo "ale" jest tak naprawdę próbą reanimacji nas samych poprzez wmówienie sobie, iż nasza wartosc jako człowieka w ogóle leży w rękach naszego wybranka i jego bycia obok nas - jakiegokolwiek bycia.
Temat, który poruszyłas Izabell jest strasznie rozległy stąd zaczynam produkować elaborat;)
Ok.
Edukacja serca wskazana, a wówczas nie trzeba się biczować zimną logiką rozumu;)
Filozofia KK jesli chodzi o związki nie podlega dyskusji.
Jak dla mnie to po prostu ciemiężenie kobiet, które w imię życia poza grzechem tak naprawdę w nim żyją zgadzając się na ranienie samych siebie. Bóg przecież powiedział, abysmy siebie kochali i innych tak, jak siebie.
Pozdrawiam Cię serdecznie:)

Izabell pisze...

dzieki Aurorko:) Twoja wypowiedz przejasnila mi troche w glowie:)

ja zawsze staram sie sluchac mojego serca...czy intuciji...ale ostatnio zaczelam zauwazac, ze ludzie sluchaja ale....ramek spolecznych, lub to co ich nauczono sluchac. i znowu zaczelam analizowac; pomiedzy dobrem a zlem, czy mam prawo wybrac co czuje choc moze to zranic wiele osob.
ja wiem ze wybiore co czuje, ale swiat mnie pod tym wzgledem rozczarowuje.. szczegolnie gdy teraz jestem w nizu emocjonalnym..

a na temat eduakcji serca; BARDZO TRAFNE. no wlasnie, bo jak madre serce, jak sie je pozna i rozrozni od np. prostych instynktow:) wtedy warto sluchac!

sciskam mocno Siostro;))))

Anonimowy pisze...

looo boze! de mello! ostatno doszedlem do wniosku ze gdyby nie te bzdury na ktorych sie wychowalem bylbym normalny. moi znajomi ktorzy nie wglebiali sie w te rzeczy zyja, pracuja i sa ok. a ja przez te wszystkie filozofie przeznaczone dla nie wiem kogo i nie wiem po co, zastanawiam sie nad wieloma rzeczami (zwlaszcza soba) i trace czas zamiast robic cos pozytecznego, smiac sie i czerpac radosc z zycia. Przeczytalem te wszystkie opowiadanka (modlitwy zaby, minuta madrosci itp , przebudzenie) i doprowadzily mnie do niczego!!! Rzuc to w cholere! Really!!! Jedynie depresji mozna dostac od tego!

Izabell pisze...

ano widzisz, roznimy sie w tym. De Mello spowodowal, ze zaczelam rozumiec siebie, swoje obserwacje, ktore wydawaly mi sie niespojne. Spowodowal, ze na nowo zaczelam sie smiac, radowac i akceptowac wiele rzeczy w swoim zyciu i swiecie. mnie to nie depresuje, wprost przeciwnie - wszystko staje sie jasne.
wiec nie wiem dlaczego zakladasz, ze skoro Ty nic w nim nie odnazales bedzie tak ze wszystkimi? Moze po prostu to nie jest dla Ciebie, ale sa tacy ktorzy rozumieja to bez slow? kazdy idzie swoja droga...

i mam pare uwag co do pewnych stwierdzen, po 1. "robic cos pozytecznego" - czyli co? rodzic dzieci ("spiac") nawet nie zadajac sobie pytania czy je chce miec? wchodzic w zwiazki bo tak spoleczenstwo naciska bez pytania czy tego chce? chodzic do pracy, ktora nie daje mi satysfakcji, ale "taka jest kolej rzeczy, dzieci trzeba nakarmic" - bez zadania sobie pytania co naprawde chce robic w zyciu? byc niewolnikiem wlasnej edukacji, wychowania, bo biologi i tak jestesmy? sa tacy, ktorzy sa silaczami i tego nie chca. chcesz byc "normalny" - thats fine, your choice, albo i nie choice. w koncu wplyw spoleczny wciska Ci ze normalny to "chodzi do pracy i jest ok". chcesz byc "jak znajomi" - to nie szukaj wiedzy bo ona nie jest dla "normalnych".

po 2. po co to komu? po to, zeby swiat nie pozostal dzungla gdzie jaskiniowcy kieruja sie tylko biologia. po to by ruszyc umysl aby "normalni" zaczeli czerpiac z zycia wiecej niz hedonistyczne przyjemnosci, ktore paradoksalnie prowadza do pustki i tu wracamy do jaskiniowych zachowan. a potem na lozu smierci zadaja pytania - czy to byl tylko sen?

Ciezko jest wytlumaczyc co to madrosc, zamilowanie do rozwoju mysli i emocji, do poznania prawdy o istnieniu, ale na pewno musi isc za tym odwaga, milosc do wolnosci umyslu, do wyzszych form rozwoju. a sztuka jest wiedziec co sie wie i wybalansowac tak, ze i wilk syta i owca cala.

wiec w cholere raczej posle nieswiadomosc - wybacz. ja mam ta sile. i to mnie raduje.

pozdrawiam