"Kiedy ulepszysz teraźniejszość,

wszystko co po niej nastąpi

również stanie się lepsze. "


Paulo Coelho



czwartek, 19 marca 2015

Dzwiek

   Wielu mialo swoje ikony muzyki, mody czy filmu w dziecinstwie. Ja jakos ciezko znajdywalam osoby do zachwytu (jedna z cech introwertyzmu to niskie sklonnosci do pobudzen entuzjastycznych :-)). Jednakze jedna znaczaco zagoscila w mojej duszy. Zawsze mialam wiele podziwu dla wielkich talentow i Whitney Houston takowym byla (szkoda, ze sama tego nie docenila). Jej glos i utwory czesto towarzyszyly mi w moich dziececych niedolach i marzeniach. Najbardziej lubie utwory, ktore powoduja we mnie naplyw sily i mocy. Zauwazylam, ze sa to przewaznie piosenki z mocniejszym bitem i glosem (lubie rock i heavy metal), gdzie wokalistka podkresla mocne slowa swoim glosem jak dzwon.

Taka wlasnie jest dla mnie ta piosenka - madre slowa i moc. Czuje ten sam dreszcz co 20 lat temu.
Dobranoc.


.



I believe the children are our are future
Teach them well and let them lead the way
Show them all the beauty they possess inside
Give them a sense of pride to make it easier
Let the children's laughter remind us how we used to be
Everybody searching for a hero
People need someone to look up to
I never found anyone who fulfill my needs
A lonely place to be
So I learned to depend on me


I decided long ago, never to walk in anyone's shadows
If I fail, if I succeed
At least I'll live as I believe
No matter what they take from me
They can't take away my dignity
Because the greatest love of all
Is happening to me
I found the greatest love of all
Inside of me
The greatest love of all
Is easy to achieve
Learning to love yourself
It is the greatest love of all


And if by chance, that special place
That you've been dreaming of
Leads you to a lonely place
Find your strength in love

środa, 18 marca 2015

Taki mam drive....

   Niby wszystko gra, wszystko plynnie sie rozwija, ale normalnie oszalec mozna z ta zima. Co roku, czuje sie jak martwa, jakbym tracila zasilanie z braku kolorow, ciepla i wiecznego kamuflarzu typu czapa, kurtka, swetry. Jakby dusilo to mojego ducha. Szczegolnie, ze w Irlandii zima jest szczegolnie szara, bez zimowego slonca malujacego niebo. Wiecie, ze w piatek bedzie widzialne czesciowe zacmienie slonca? Ja wiem, ze sa male szanse obserwacji tego zjawiska w Irlandii poprzez chmury malujace przestrzen nad glowa na szaro...

   Ostatni esej napisany. Pomalu wtaczam sie do rozwiniecia profesjonalnych skrzydel psychologa psychoterapeuty pelna geba. Juz 200 godzin pracy z klientami za mna. Wizytowki wydrukowane. I wiecie co? Za kazdym razem gdy spotykam sie z czlowiekiem w takiej relacji gleboko rezonuje we mnie prawda, ktora kazdemu zycze aby odnalazl. Rob to co budzi Twojego ducha. Znajdz to co bedzie Twoim powolaniem. Znajdz "Flow", ktore psycholog o nazwisku nie-do-wypowiedzenia :-) (Mihaly Csikszentmihalyi) opisal w swojej pracy nad szczesciem i kreatywnoscia. 

   W mojej pracy mam dodatkowa ciekawa perspektywe - pracuje z Polakami i z Irlandczykami. Pomimo laczacych ludzkich emocji, ktore sa doswiadczane na calym swiecie, tendencje w ich wybrzuszaniu sa zupelnie inne. To charakter kulturowy, w tym problemy zinternalizowane poprzez ta kulture. Na przyklad, Irladczycy poprzez swoja wysoka spolecznosc ciagle martwia sie, ze zrania innych zachowaniem czy slowem. Czesto doprowadza to do lekow i zatracaniu wlasnych granic. Potrzeba bycia "dobrym" czyli niestety az do ignoracji wlasnych potrzeb prowadzi to roznych emocjonalnych turbulencji. Natomiast u Polakow, kultura schematu zycia i "jak byc powinno". Powinienem/am miec dzieci, powinienem wyjsc za maz/ozenic sie, powinnam zrobic to czy tamto. Oraz prze-intelektualizowanie i strach przed bycie widzianym glupim. I oczywiscie bycie inteligentnym oznacza znajomosc faktow z historii najlepiej lub ekonomii, a nie glebi, niuansow, odcieni zjawisk na co przypada inteligencja emocjonalna. Madrosc nie jest w cenie. Ciezko tez ludzie wybaczaja sobie bledy, ktorych nie zauwazali i znowu, czuja sie glupi. Ale czy ucza nas zauwazac? Nie. Nasze spoleczenstwo jest uczone aby byc dobrym pracownikiem uzytecznym dla przyszlej pracy, nie jak rozpoznac w sobie potencjal, czy jak poczuc trascendentne polaczenie z zyciem. Co znajduje wspolne z tych dwoch kultur to brak przyjazni z samym soba. Czesto zadaje takie pytanie:
    Jak to mozliwe, ze przez cale swoje zycie patrzymy sie w lustro, widzimy wlasna twarz, myjemy zeby i patrzymy w lustro, czeszemy wlosy i patrzymy w lustro i ani razu nie przyjdzie nikomu do glowy zadac pytanie Kim Jest Ten Ktos W Lustrze? Czego chce? Co sprawia, ze zacznie sie rozwijac i wydawac zdrowe owoce? Jakie bledy postrzegania sa jego udzialem? Co jest jego a co spolecznosci w ktorej przyszlo mu zyc? 

   W gabinecie terapeutycznym oprocz wielu innych rzeczy jest jedna, ktora juz na wstepie daje furtke do rozwoju: osoba ma juz tak dosc swojego zapetlenia, ze zaczyna szukac. Ma tak dosc swojego bolu, ze zaczyna sie budzic. I jest to dla mnie wielkie szczescie i wielki przywilej, kiedy moge byc czescia tej podrozy. I wspomne, ze dla mnie, osobiscie, widok osoby "rodzacej sie" na nowo jest doswiadczeniem prawie spirytualnym, bo nie doswiadczalnym w codziennym zyciu. Doslownie czuje dume, kiedy widze wysilek poszukiwania a pozniej laczenia kropek wlasnego obrazu emocjonalnego.

   A co mnie we mnie samej zadziwia? 
Ze po tylu latach dostawania kopa od ludzi, po tylu latach ciezkich emocji, ponizania, agresji na kazdym polu kiedy zylam w Polsce, od szkoly, po dom i prace, potrafie polaczyc sie z druga osoba tak po ludzku. Powiem szczerze. Wowczas nienawidzilam ludzi. Wszystkich. Nie bylo nikogo kto w najwrazliwszej czesci zycia zapytalby mnie "co czujesz?" i dal mi poczuc, ze to wazne co czuje. I ze to nie jest moje "widzi mi sie", ze jest to powazne, bo moje. I aby dal mi poczuc wszystko co z tym zwiazane, i gniew, i smutek, i zal, bez glupich tekstow typu "ale moze oni nie mogli lepiej." Sztuka odpowiedniego dotarcia do osoby jest, no wlasnie, sztuka. Dlatego nikt mnie nie przekona, ze przeszlosc ma taka latwosc determinacji tego kim jestesmy w type 2 plus 2 to 4. Nie miala dla mnie.  Nie zostalam nauczona jak laczyc sie z ludzkim wnetrzem, ale umiem to poprzez brak umiejetnosci innych laczenia sie ze mna. Wiem, co nie bylo mi dane, wiec wiem co powinno byc dane. Ale spadlo to na grunt juz przygotowany, ktory dostalam od jakies specyficznej mieszanki genow. Doswiadczenie braku milosci nie zabilo we mnie zdolnosci do milosci, lub uciekanie od niej. Wprost przeciwnie, ja zawsze wiedzialam, ze to nie jest milosc to co dostaje. Ale skad wiedzialam, ze nie jest? Bo w okol tez jej nie widzialam. Istnieje teoria o "pamieci genowej" ktora zostala zaobserwowana u sawantow, szczegolnie uzdolnionych ludzi. Pytanie brzmialo skad umieja rzeczy, ktorych nigdy sie nie uczyli, jak np. granie na pianinie. "Dzisiaj hipoteza o genetycznym uwarunkowaniu cech osobowości nie budzi wątpliwości – stawiane pytania dotyczą stopnia, w jakim określone geny odpowiadają za zachowanie." pisze Elzbieta Hornowska (2003) w swoim raporcie na temat osobowosci i uzaleznienia od narkotykow. A dalej pisze " Do lat 70 ubiegłego wieku kluczową rolę, w rozwoju osobowości oraz występowaniu różnic indywidualnych, przypisywano środowisku – środowisku rodzinnemu, rodzajowi edukacji, wychowaniu. Słuszność tego twierdzenia podważyły badania genetyczno-behawioralne, które wykazały, że większość cech osobowości wykazuje umiarkowaną odziedziczalność. Badania populacyjne wykazują niezbicie, iż za blisko 40 – 50% wariancji wymiarów osobowości odpowiadają czynniki genetyczne, podczas gdy pozostała część wariancji zdeterminowana jest czynnikami środowiskowymi, pozagenetycznymi, przy pominięciu korelacji oraz interakcji genotypu i środowiska (Plomin i inni, 2001)." (s.4).
40-50% - to duzo Moi Drodzy. Ale pamietajmy, ze nasze geny to w duzej mierze geny regulacyjne, dlatego, mozemy sie "rozciagac". Jedne sa trudne do zmiany, jak temperament, ale juz nasze myslenie, bledy percepcji, wcisniete schematy w naszej glowie, moga ulec przeksztalceniom. A pop psychologiczne ksiazki robia czesto kiepska robote szufladkujac zjawiska tak, aby przecietny Kowalski cos tam mogl wystrugac. Potem dostaje jakies amatorskie komentarze, ze nie powinnam mowic tego czy tamtego, bo w ksiazce jest napisane tak czy siak. Nie jestem amatorka - tego mozecie byc pewni. Ucze sie ze zrodel z pierwszej reki i ciagle sie szkole. Ale....

.... pierwsze watpliwosci na ten temat powstaly z mojego poznania, z samorefleksji i umiejetnosci wylapywania w sobie niuansow emocjonalnych. Czyli, slyszalam w kolo "ahaaaa, robisz to i tamto poniewaz mialas takie dziecinstwo." Ale nikt nie zauwazal, ze nie robie tego i tamtego, bo mialam takie dziecinstwo. Czy ktos zadaje pytanie dlaczego??? Bo wyciagnelam jakos z tego wnioski. Generalnie zawsze bylam myslicielka. Duzo myslalam i analizowalam. Taka mam osobowosc. Wiec rzucone we mnie doswiadczenie, nawet w malego dziecka watpie, ze bylo przyjete bez jakies obrobki mojego mozgowia, szczegolnie tej przedniej czesci odpowiedzialnej za logike. Ludzie czesto mysla, ze dzieci sa glupie, bo dopiero sie rozwijaja. Nie sa glupie, to moge zapewnic. Na przyklad czytam w pop ksiazce, ze DDA czesto czuja sie winne, ze rodzic pije i kiedy jest zly, wierzy, ze to jego wina. Pamietam to jak dzis - ja ZAWSZE wiedzialam, ze to nie jest moja wina. ZAWSZE. Generalnie odkad pamietam zawsze mialam dobre rozpoznanie gdzie co przynalezy. Na przyklad bylam swiadoma transferu emocjonalnego od czasow nastoletnich. Oczywiscie nie wiedzialam, ze to ma swoja nazwe w psychologii, bo bylam nastolatka. Ale np. zawsze mialam odczucia zadziwienia, dlaczego ide do sklepu, a ktos kogo nie znam odzywa sie do mnie jakbym mu matke zabila. Czy to kasjerka, czy ktokolwiek. Dziwilam sie. Czyli zauwazalam jakas nielogicznosc. Jestem teraz na emigracjii i czesto slysze od Polakow, ze jak juz wyjechali dopiero teraz takie rzeczy ich raza. Wczesniej bylo to dla nich normalne. A dla mnie to nigdy nie bylo normalne. I nie dlatego, ze sobie slodze. Mowie, jak czulam. Dlatego zawsze bylam swiadoma gdzie moje rzeczy naleza. Bole z domu zostawialam z bolami w domu, bo co ma do tego moja nauczycielka na przyklad czy kolezanka? Pamietam te mysli jak dzis. I mam tak od zawsze ze swiatem. Czesto myslalam, ze musze byc glupia, bo nie rozumiem logicznosci ludzkich zachowan i dzialan. Dopoki nie odkrylam psychologii i pierwszy raz poczulam sie zrozumiana. Okazalo sie, ze moj mozg widzi rzeczy, taki ma talent. Wiele rzeczy nagle zaczelo miec dla mnie sens, ktory mowil, ze logiczny sens a emocjonalnie reaktywny sens to dwie rozne rzeczy. A nasz mozg czesto robi nas w konia i generalnie dziala na swoich prymitywnych czesciach. Tyle, ze ludzie nie chca o tym wiedziec. 

    Wiec doswiadczenie, z dziecinstwa spadlo na moja osobowosc, na moje kognitywne sklonnosci i zdolnosci, na moj temperament i wtedy utworzyly sie specyficzne twory, ktore - w moim przydku - w wiekszosci nie pasuja do opisow pop - owych. Nie mowie, ze wszystkie sa zle. Mowie, ze rzadko mozna znalezc dobre. I kiedy to mowie, od wczytanych w popowe ksiazki slysze "o tak, czesto DDA sie samemu oklamuje w ten sposob." A to juz jest brak szacunku, bo nie dosc ze takie gadanie moze sprawic, ze osoba moze przestac wierzyc w ogole w co czuje, to jeszcze zacznie sie naginac jak przystalo na sile wplywu spolecznego na strone gadajacego - amatora aby byc zaakceptowanym i poklepanym po ramieniu. Nie trzeba byc DDA aby sie oklamywac. Trzeba miec po prostu mozg, ktory sciemnia nas na okraglo, bo tak jest zbudowany. Wysilek aby poznac te mechanizmy powoduje, ze zyjemy blizej prawdy niz dalej. A ja zawsze mialam dziwna potrzebe poznania tej prawdy. Taki mam "drive" - naped samoistny. Ktos ma do malowania, ktos do matematyki a ja mam psychologiczny.Tak mialam od dziecka i mam do dzis. Nic nieporadze, ze taka ze mnie bestia - i co zrobic...

   I tak badania pokazuja to co mi sie paletalo po glowie od lat - nie jestesmy czysta karta, to kim jestesmy to zlepek genow plus doswiadczen i u kazdego moze sie on plasowac inaczej. Niektorzy przyjeli wiecej ze srodowiska, inni wiecej odrzucili nawet jak im wciskano. Uwazam, ze w moim przypadku po prostu mam silna osobowosc i nie wcisnieto mi tyle ile probowano. Kiedy spojrze na swoja rodzine, jest mi latwo zgadnac z ktorej galezi odziedziczylam geny, szczegolnie temperament (choc nad inteligencja sie zastanawiam hahaha). Zawsze mialam swoje prawdy i bylam oporna na wplyw zewnetrzny. Introwertyzm mi w tym pomogl. Jednak mam poczucie jakby ciaglej walki,od zawsze, bo spoleczenstwo ciagle chce nas zmieniac i musimy dazyc do rzeczy jakie glowny nurt nam wytycza lub byc tak jak pop - teksty nam wmawiaja. Dlatego tak wazne aby poznac do dna kim jestesmy, co jest nasze co nie, co przyjelismy a co nie i dlaczego. I... podroz tysiaca mil zaczyna sie od pierwszego kroku (Lao Tzu) - warto go podjac.

Dobranoc ;-)

Ps. Nastepny post bedzie o religii i Biblii, jak obiecalam juz wczesniej. Tu dopiero sie porobilo;-)

czwartek, 25 grudnia 2014

Swieteczne dywagacje.

   Wiec znowu jestesmy tutaj. Jak co roku. Swieta, rodzinne spotkania, obzarstwo, prezenty. Minelo juz wiele lat odkad moja rodzina byla razem, czyli ojciec i matka, brat i siostra i moj piesio Cezar. Teraz jest tylko mama i siostra, bo brat ucieka w tym czasie jeszcze dalej od swoich ciezkich wspomnien, a Cezar odszedl juz do krainy wiecznych £owow. Ojca nie widzialam juz jakies 15 lat, slysze o nim od czasu do czasu od swojej ciotki. W tym roku nie jestem na Swieta w Polsce, bede po Swietach. Mialam czas na przemyslenia  i nowe odkrycia dotyczace tego czasu. I oczywiscie chce sie nimi z Wami podzielic.

      Swieta byly w moim domu zawsze bolesne. Moj brat do dzis bardzo je  przezywa, dlatego od nich ucieka lub wyladowuje emocje na nas. Jest wiezniem uwarunkowania ze swojego dziecinstwa. Przed swietami zawsze byla jakas pijacka awantura mojego ojca i czerwone oczy mojej mamy. A potem zasiadalismy do stolu wigilijnego w takim a nie innym nastroju. Moj brat ciagle ma te same uwarunkowane odczucia. Nawet odejscie ojca nic nie zmienilo. Projektuje swoje emocje na nas, na ludzi, ktorzy mu nic nie zrobili ale symbolizuja rodzine, w ktorej bylo cierpienie. Nie doswiadcza zycia, nie rozwija sie, reaguje agresja na wszelkie zmiany, chocby renowacja mieszkania. Pol roku temu moja mama zdecydowala sie na renowacje lazienki. Moj brat zareagowal jakby caly jego swiat runal. Slowa ktore wypowiadal i zachowania byly niebywale dramatyczne. Moja mama zawsze sie temu poddawala tak jak poddawala sie ojcu i jego bolom z przeszlosci, gdzie ja z drugiej strony zawsze walczylam o uwolnienie. Jak wspomnialam we wczesniejszycm poscie, zroznicowanie systemowe bylo zawsze moim mocnym punktem. Nigdy nie pozwolilam aby system rodzinny, szkolny, spoleczny wplywal na moj zdrowy rozsadek. Ale to nie oznacza, ze mnie jednoczesnie nie bolalo. Bolalo. Tutaj wchodzi zarzadzanie emocjami, posiadanie wiekszej a nie mniejszej kontroli nad swoimi emocjami. Bo one zawsze sie budza. Taka jest natura istot zyjacych, nawet roslin. I nie ma w tym nic zlego, ale jest trudno. Trzeba to zaakceptowac i uzyc analizy, czy chce za tym podazyc czy nie? Czy jest madre aby za tym podazyc? Czy chce aby ktos mial wladze nad moim zyciem? Ja czulam bole emocjonalne ale zawsze walczylam przeciwko poddaniu sie nim. Dlatego sie rozwijam. Moj brat nie. Myslalam o tym troche i skupilam sie na podstawowym przekazie, ktore w nas zaprogramowano poprzez Swieta Bozegonarodzenia. Mianowicie dwa slowa: swieta rodzinne, 


      Wszedzie trabia o tym, ze sa to swieta rodzinne, bo oto Maria poczela Syna i teraz sa Swieta Rodzina. W tym czasie ludzie, ktorzy tej rodziny nie maja, albo maja tylko jest tam wiele bolesci odczuwaja swoje nieszczescie jeszcze mocniej. Jak moj brat, choc minelo juz wiele lat. Srodowisko bardzo naciska. Sama doswiadczam reakcji na ten temat. W tym roku nie bylam w domu 24 grudnia, tak wyszlo. I wowczas wszyscy zaprogramowani jak jeden maz sypia reakcjami:oooo, i co bedziesz robic w Wigilje. Odpowiadam, spac, musze napisac esej, a potem lece za pare dni. I znowu reakcje: ooo, to bedziesz sama? Gdybym sam/sama nie wyjezdzal/a to bym/smy Cie zaprosili. Niezrozumcie mnie zle, na jednym poziomie doceniam ich gesty, jednakze na drugim czuje, ze w ogole nie maja nic wspolnego ze mna tylko z programem pt. "Swieta Rodzinne." Bo ja smutna nie bylam i nie jestem. Dlaczego? Bo sie rozwinelam do tego punktu, ze uwolnilam sie od tego spolecznego rytualu i mam do niego zdrowy stosunek. Zdrowy stosunek znaczy dla mnie: jezeli jestem w domu nie mam nic przeciwko obiedzie z rodzina w swieta, dawaniu prezentow co lubie itd. Nie boli mnie to a nawet cieszy, bo ich lubie choc wkurzaja mnie nie raz, jak na rodzine przystalo. Chce z nimi usiac bo akurat jest wolne, nie widze powodow aby nie usiasc, luz. A z drugiej strony jak tego nie zrobie, tak jak teraz bo bede pozniej, takze jestem ok, nie jest mi z tym zle, wprost przeciwnie, spokoj jaki odczuwam jest na pewno swiety :-) To sie nazywa wolnosc mentalna. Jest takie powiedzenie:

U medrcow dym ciagle sie tli, ale nie przylega on do scian.


    Za tymi myslami przypomnialo mi sie to co sie uzywa w terapii poznawczo-behawioralnej. Tam czlowiek przylepia swoje jestestwo do spolecznych, powszechnych zasad, nie pytajac siebie, czy naprawde reprezentuja nas. Kiedy zylam w Polsce, presja bycia z rodzina w okreslonym czasie jak swieta, wesela (nie wazne, ze raz na rok), posiadania rodziny itd byla przeogromna. I przez dlugi czas trzepotalam sie w tym jak mucha w pajeczynie. Czulam (emocje czyli odczuwanie wplywu): ja tego nie mam. Wiec musi byc zle, cos musi byc nie tak (i poczucie, ze cos jest nie tak). A wtedy moj kognitywny mozg zadawal pytania: ale dlaczego? kto tak mowi? (i kontra. Emocje opadaja). Czesto podejrzewalam u siebie schizofrenie, dopoki nie doczytalam, ze myslenie na temat swojego myslenia do zdolnosc niebywala :-D I tak sie pewnie dzieje z ludzmi, ktorzy odczuwaja samotnosc w ten czas. To spoleczenstwo powoduje, ze jest to dla nich odczuwalne jeszcze bardziej w tym czasie, nie koniecznie jest to naturalne. Gdyby zyli w innym srodowisku, nie odczuwaliby samotnosci bardziej bo nikt by im nie wkladal do glowy na ulicy, poprzez media itd, ze pewnie tak odczuwaja skoro to swieta rodzinne. Chcialabym aby swieta rodzinne byly codziennie i aby rozszerzylo sie to na ludzkosc po prostu. Wtedy codziennosc bylaby lzejsza. A tak to co widze w swieta? Pelno ludu w supermarketach, stres, gotowanie, a o historiach przy stole na pewno nierodzinnych mozna by ksiazke napisac. 

    W tym roku jeszcze jedno wazne natchnienie mnie nawiedzilo. W koncu zabralam sie za czytanie Biblii aby zrozumiec o co te cale Halo. To jeszcze bardziej mnie zroznicowalo. Zaznaczam, ze nie mam na celu nikogo urazac. Ale takie jest moje zdanie, zreszta nie tylko moje zdanie. Takie sa fakty.

   Od dawna zabieralam sie za przeczytanie Biblii, najbardziej rozpowszechnionej ksiegi na swiecie. Sama wychowalam sie w katolicyzmie i choc nie zinternalizowalam tej religii za bardzo, jednak zylam wsrod niej wiec musiala miec jakis wplyw na mnie. W dziecinstwie moja mama chodzila z nami do kosciola, ale nigdy mnie do tego nie zmuszala. Kiedy zdecydowalam pewnego piekna dnia, ze nie ide, pozostawila to mojej decyzji. Jednak nasz kraj jest nadal bardzo zatopiony w tej religii, I tak swieta bozego narodzenia kojarza sie nam z katolicka religia, narodzinami syna boga (swiadomie pisze z malej litery). Czesto wierzacy sie dziwia, czemu ateista obchodzi te swieta. Jednak dla mnie jest to racjonalne. Jezeli oddzieli sie rytual od religii czyli wiary w prawde a wiedzy na temat prawdy, swieta wygladaja calkowicie inaczej. Dla mnie wygladaja tak jak swieto rzucania wiankow do wody, czy indianskie tance w okol ogniska z prosba do bogow o dobre lowy. Rytualy, ktore nadaja czlowiekowi sens duchowy sa prawda wewnetrznych procesow czlowieka ale nie prawda rzeczywista. I nie mam nic przeciwko nim, jezeli nie traktuje sie ich powaznie do stopnia wypluwania jadu na zewnatrz. Nie mam nic przeciwko swietom jakimkolwiek. Dla mnie to dobry powod aby sprawic aby nasza rzeczywistosc byla roznorodna, bardziej kolorowa. Tutaj Swieta Bozego Narodzenia tam rzucanie kolorowym pudrem w swieto Holi, a gdzies indziej Swieto Matki Ziemi, ktore sa obchodzone przez Indian (a co dziwne, rytualy podobne do tych co opisuje Biblia, choc wierzenia Indian sa starsze niz sama ksiega).

    A wiec po przeczytaniu Biblii poczulam jeszcze wieksze uwolnienie. Dodalo to do mojego rozumowania swiata. Takiego boga jakiego tam opisuja nikomu nie zycze. A jak zaczelam czytac historie powstawania Biblii z trescia Pisma to juz wszystko stalo sie dla mnie jasne. Nie bede teraz rozpisywac sie wiecej na ten temat bo poswiece na to caly post, jednakze rozumienie uwalnia z emocjonalnego uwiklania. Taka jest psychologia naszego umyslu. Co sie zrozumie to odpada.  Jednakze aby zrozumiec trzeba jak to mowia medrcy "umrzec i narodzic sie na nowo" a proces umierania moze byc bardzo bolesny dla niektorych. To co sie zinternalizowalo emocjonalnie poprzez lata jako prawde moze takze nas niszczyc. I mam na to dowody za kazdym razem kiedy zasiadam do pracy z klientami. 

   Konczac moj post swiateczny chce Wam zyczyc, abyscie spedzili ten czas wolny spokojnie i bez stresu. Abyscie byli dobrze zroznicowani i raczej sie bawili swietami niz mysleli o tym jako o obowiazku. Tym co nie jest dane przezywanie swiat tak jak zostali nauczeni, ze powinni, radze stworzyc swoj wlasny rytual w ten czas. Nawet jezeli oznaczaloby to, bycie samemu. Nauczcie sie byc samemu, bo nie ma wiekszej rodziny na poczatku jak Wy sami dla siebie, a pozniej inni. Mowie o ulozeniu to sobie w glowie w takiej wlasnie kolejnosci. Z pustego dzbana nic nie nalejesz. Wlaczcie muzyke lub sluchajcie ciszy, utworzcie rytual gotowania, to co najbardziej lubicie. Obejrzyjcie film, ktory daje Wam radosc. To moze byc czas spotkania z Waszym wewnetrznym zrodlem energii. A Ci co maja kontakt z tym zrodlem - moim zdaniem - to wlasnie oni sa blogoslawieni :-)


Merry Christmas!!!

sobota, 6 grudnia 2014

Pude£ko

Witajcie moi Czytelnicy,

       tak, zyje, zyje. Wszystko przyspieszylo ostatnio poniewaz juz w lutym koncze szkole. Obecnie mam kilka esejow do napisania, plus po glownej pracy praktykuje w klientami jako psychoterapeuta. Mowie Wam jakie szczescie mnie ogarnia kiedy zasiadam na fotelu i podrozuje z druga osobe przez jej zycie. To musi byc pasja. Jednak czasami marzy mi sie taka maszyna, ktora podlaczylabym do swojego mozgu i ktora spisywalaby moje myslenie, filozofowanie, konkluzje itd jako posty dla Was. Byloby to o wiele latwiejsze i szybsze niz spisywanie tego juz "po" kiedy zycie jest wypelnione po brzegi. Szczegolnie, ze slowa moga ograniczac a mysli szybko znikac. Slowa nie lapia tyle niuansow, ktore wyczuwam i ktore ciezko przypisac czemukolwiek. Kiedy siedze w swojej glowie czuje wieksza wolnosc. Jednakze problem jest w tym, ze tylko ja tam siedze.... Nikt nie ma tam dostepu a chce ten dostep dac aby czerpal kazdy kto chce czerpac. Bo oprocz bycia introwertykiem gdzie czuje sie super z sama soba i w ogole nie wiem co to znaczy miec potrzeby socjalizowania, mam takze potrzebe dzielenia sie tym co w ciszy zrozumialam. Bo moja potrzeba jest inna forma spolecznego zwiazku - zwiazku glebszego, trudniejszego ale mysle, ze bogatszego. Bazuje to na podstawach humanizmu. W ciszy jednak nie wielu umie przebywac. A moim zdaniem wlasnie tam nasz wewnetrzny glos jest slyszalny najglosniej. Nie jest wowczas zagluszany przez dystrakcje dnia codziennego albo nie ignorujemy go az tak bardzo. Moj glos byl zawsze glosny od dziecka. Swiat probowal mnie zmienic wedlug swoich regul nie raz. Poprzez swiat mam na mysli rodzinny system, szkole, prace, zycie prywatne. Ale nigdy nie potrafilam zignorowac glosu w sobie, ktory sposrod tych systemow byl najsilniejszy. Coz robic... ;-)


     Aby podzielic sie co ostatnio zaprzata moje mysli to wlasnie natura systemu. W ostatnim poscie napisalam na temat szkoly i dynamiki w niej. System obejmuje takze nasza rodzine, prace, spoleczenstwo itd i tam pojawiaja sie zasady dynamiki grupowej. Osobiscie w kazym systemie mi ciasno. W kazdym systemie zachodzace dynamiki wydaja mi sie na poziomie mojego obserwowania stada szympansow. Nie chce tu nikogo obrazac. Tym jestesmy. I moim zdaniem dopoki nie zrozumiemy fundamentow ludzkiej natury nie osiagniemy jej wyzyny. Czyli jezeli nie nauczymy sie chodzic, latac tym bardziej sie nie nauczymy. Ale ludzkosc chce odrazu latac! I ma glowe w chmurach ideii jednak podskornie dzialaja podstawowe biologiczne mechanizmy i to nasze latanie jest jak ciagle uderzanie w mur.


    Kiedys wklejalam Wam chyba ta opowiesc:


1. R. Stephenson umieścił w klatce 5 małp oraz drabinę z bananami na jej szczycie.Za każdym razem, gdy małpa wchodziła po drabinie, aby zabrać banany, naukowiec włączał zimny prysznic, który oblewał wszystkie pozostałe małpy.

2. Po jakimś czasie, zawsze gdy małpa chciała wejść po banany, pozostałe małpy ją biły, zniechęcając do wchodzenia po drabinie. W efekcie po pewnym czasie żadna małpa nie chciała już wchodzić na górę.

3. Stephenson postanowił zamienić jedną małpę, wprowadzając nową. Pierwszą rzeczą, za którą się zabrała nowa małpa, było oczywiście wejście na drabinę. Natychmiast (nie wiedząc nawet dlaczego) dostała lanie od pozostałych małp.

Wyobraź sobie zdziwienie na jej twarzy, gdy obrywała tylko dlatego, że chciała sięgnąć po ulubiony smakołyk. Po kilku bijatykach odechciało jej się wchodzenia na drabinę.

4. Gdy następna małpa została podmieniona, wydarzyło się dokładnie to samo. Przy kolejnej również. W końcu wszystkie małpy zostały podmienione.

5. Co zostało? 5 małp, które nigdy nie padły ofiarą zimnego prysznica, bijące każdą, która chciała wejść po drabinie.


Koncze niedlugo juz moja druga szkole i ciagle mam takie same doswiadczenia i przemyslenia na ten temat. A mianowicie....

    Szkola (jak i wiele innych systemow) jest jak male pudelko. Uczy Cie tylko to co to pudelko obejmuje. Nie wspiera ucznia w sieganiu mysla po za pudelko. Nie wspiera wizji, procesu tworczego opartego na kreowaniu nowych rozwiazan, mysli, czy ideii. Jezeli zaczynasz kwestionowac to co jest w pudelku, szkola (system, nauczyciele itd) sciaga Cie w dol i mentalnie bije po glowie. Bo co ty mozesz wiedziec, skoro dopiero zaczynasz nauke?Tyle, ze wizja nie pochodzi od dyplomow, a umiejetnosc siegania do "bigger picture" nie wynika z nauczania. Wynika to z pracy wyobrazni i z umiejetnosci tworzenia perspektywy, z wlasnej tendencji i pasji do szukania odpowiedzi poza znany system. Z odwagi w spojrzeniu prawdzie w oczy wiekszej niz pudelko. Jest to wewnetrzna umiejetnosc. Jezeli tysiace razy system sciagal Cie w dol, to znaczy, ze wprawiales system w stres pochodzacy od kwestionowania stalosci tego systemu. To jest niekomfortowe dla tych co zyja tym systemem. Wowczas slyszysz "A co Ty mozesz wiedziec jak nie jestes ekspertem?". Tyle, ze jak poszlam do specyficznej szkoly, jak w moim przypadku psychologii, osobiscie na pusta gebe tam nie poszlam jak moze co nie ktorzy. I siedze w tych lawkach i slysze teksty, o ktorych myslalam i ktore przelamalam kiedy mialam 15 lat. Opuscilam juz to myslenie dawno temu i stworzylam cos nowego. I jak przekonac pudelko, ze umyslu nie da sie zamknac w malej przestrzeni i ze wiesz wiecej niz jego przedstawiciel?

Bardzo dobry wywiad na ten temat z Mateuszem Grzesiakiem

     Jest taka teoria stworzona przez Murray_Bowen na temat systemow rodzinnych ale takze obejmuja wszelkie systemy. Mowi on tam miedzy innymi na temat zroznicowania wewnetrznego (differentiation-of-self). Co ciekawe Buddyzm nazywa to detachment czyli odlaczenie, a o tym takze wspominal moj ulubiony Anthony De Mello. Zroznicowanie nastepuje wtedy, kiedy w systemie jestesmy w kontakcie emocjonalnym z reakcjami w nas i na zewnatrz ale one nas nie kontroluja. Innymi slowy, nie reagujemy impulsywnie, reaktywnie na zewnetrzne sytuacje ale przybieramy bardziej obiektywna postawe. Wowczas jestesmy wstanie argumentowac temat a nie wytykac personalnie komus jego osobowe punkty. Jezeli w argumentacji zaczynamy rzucac teksty typu " bo Ty zawsze tak czy siak, bo jestes klotliwy, co za ignorancja" itd oznacza to, ze reagujemy na poziomie zwierzecego mozgu, a nie wyzszego poziomu, ktory ma za zadanie pomoc nam w balansie zachowawczym. Moim zdaniem po to go mamy a Bowen uwaza, ze to wlasnie ta czesc rozni nas od prostszych form zycia. Tylko jestesmy na etapie gdzie malo ta czesc uzywamy. Dalej, czesto jezeli czujemy, ze przegrywamy jakas debate uruchamiaja sie w nas ukryte programy na temat naszego poczucia wartosci. Uwazam, ze szczegolnie w Polakach jezeli zostanie udowodniona niewiedza, jest to brane jako afront i wowczas zaczyna taki czlowiek walczyc jak maly agresywny zwierzak. Jezeli jestesmy dobrze zroznicowani, wowczas nie myslimy o sobie, ze wiemy, albo powinnismy wiedziec wszystko i brak wiedzy bedzie nas motywowal do zdobycia tejze wiedzy. Bez personalnych reakcji. Natomiast jezeli cos jednak wiemy, bedziemy debatowac ta wiedze bez impulsywnych reakcji. Bowen nazywa to dojrzaloscia. Dojrzala osoba nie reaguje impulsywnie jak dziecko, tylko potrafi sie skontrolowac i widziec szerzej niz male pudelko. 

    Ale ciezka to praca jezeli patrzymy na nasz system spoleczny i widzimy, ze nawet w szkole od samego poczatku jestesmy usadzeni w pudelku i lepiej sie nie wychylaj. I ja bedac w szkole psychoterapii nie doswiadczylam niczego lepszego, niestety.... A niby powinne tam byc osoby, ktore cholubia roznorodnosci ludzkiej, ktore daja duzo przestrzeni na bycie soba tak jak to sie robi na terapii. Ale nawet tam pudelko jest pudelkiem i tyle. Cale szczescie jestem dzieckiem Wewnetrznego Nauczyciela. I On ma najglosniejszy glos!

Milego weekendu!

czwartek, 30 października 2014

Szkolna £awka.

http://wyborcza.pl/duzyformat/1,141115,16883764,Niszczarka_marzen.html


Moje przechery ze szkola sa na pewno udzialem wielu. Ten artykul przypomnial mi tylko paradoksy jakie odczuwalam jako dziecko i nastolatka. Jak bardzo czulam sie niezrozumiana i wrecz ponizana w przedszkolu czy podstawowce przez nauczycieli. Nie dosc, ze w domu nie budowano mojego poczucia wartosci to jeszcze szkola starala sie wbijac mi kolejne gwozdzie. Bylismy traktowani jak zlo koniecznie i slysze od mojej 18-letniej Siostry, ze nadal nie jest lepiej.

Moja pieta achillesowa byla oczywiscie matematyka. Ciezko mi szla. Przewaznie mialam same dwoje a trojka to bylo swieto. Nienawidzilam tego przedmiotu oczywiscie. Na zebraniach a takze w twarz mnie samej, nauczyciele wypowiadali sie jaka to slaba jestem z tego przedmiotu, jak powinnam isc do zawodowki bo sobie nie poradze w liceum. Moja mama jak zwykle sluchala sie wszystkich w okol i tez tak o mnie myslala, wtorujac nauczycielom w ich osadzie.  Bo jak mialam dwoje to musialam byc slaba. Nie, ze moze jestem nieszczesliwym dzieckiem, ktore wszystkie swoje procesy emocjonalne i uwage skupia na tym aby przetrwac w jak najlepszym zdrowiu psychicznym. Humanistyczne przedmioty nie wymagaly mojej uwagi, byly dla mnie naturalne jak oddychanie bo bazowaly przede wszystkim na intuicji, metaforach, niuansach. Z przedmiotami scislymi jest inaczej. Wymagane jest skupienie i logika. Przynajmniej ja tego potrzebowalam. Nie bylo gdzie sie skupiac wsrod ciaglej alkoholowej atmosfery i emocjonalnego zimna. Jednak  - majac nature szukania rozwiazan - przez to ze bylam skupiona na psychologicznej czesci mnie bardzo duzo rozwinelam w sobie wiedzy na temat siebie i ludzi. Jestem samoukiem najpierw, potem dyplomowanym psychologiem, psychoterapeuta.  Stad psychologia jest dla mnie naturalna. Wynika z mojego skupienia i zywego zainteresowania odpowiedziami na pytanie "dlaczego? - bo nie moglam zrozumiec swiata ludzkiego w ktorym zylam. Widzialam same paradosky ludzkie, nic nie mialo dla mnie sensu. Jakbym urodzila sie z jakims schematem jak byc powinno. Dlatego wiedzialam, ze to co mam w domu to nie milosc. Ze tak byc nie powinno. Ale aby przetrwac, musialam najpierw zrozumiec.

Wracajac do szkoly, podstawowka to byl koszmar. Pamietam wiele ponizajacych momentow. Krzyczacych nauczycieli, ich kary, ich jak bicz kazacy slowa. A nie bylam dzieckiem sprawujacym jakies wielkie problemy wychowawcze. Moze troche z twardym charakterem, ktory budzil sie na jakies przeze mnie oceniane za glupoty aspekty Na tym etapie wszyscy w okol byli odczuwani przeze mnie jako znecajacy sie emocjonalnie na innych pomylency. Dopiero w szkole sredniej bylam bardziej brana pod uwage a nawet przeszlo z czarnego w biale. Okazalo sie, ze matematyka zaczela mnie rajcowac tak bardzo, ze lecialy same czworki i piatki. Dlaczego? Ano nauczyciel sie zmienil. Mialam dwoch nauczycieli matematyki, ktorzy tlumaczyli tak jasno, byli cierpliwi i jeszcze samemu mozna bylo dostrzec ich pasje, ze nie bylo sposobu jak tylko sie zarazic. Pisalam mature z matematyki i cala klasa nie mogla sie doczekac dodatkowych lekcji matematyki. Rownania staly sie dla mnie zrodlem wielkiej satysfakcji. Pamietam to jak dzis. Zadania tekstowe - nie moglam zalapac, ale jak juz mialam rownanie, ktore ciagnelo sie na dwie strony - odczuwalam to jak przygode. Nagle przestalam byc glabem matematycznym. Juz jako nastolatka operowalam bardziej rozwinietym kognitywnym zasobem i swiadomoscia oraz mialam wycwiczone plecy do dzwigania emocjonalnych problemow. Plus odpowiedni nauczyciel i nagle matematycznie fruwalam pod sufit. Pamietam w podstawowce zawsze prosilam kolezanki o wytlumaczenie mi co bylo na lekcjach. Zawsze po takich korepetycjach rozumialam wszystko swietnie - na lekcjach nic nie lapalam.

Teraz po latach wracam czasami do tych emocji matematycznych. Naprawde to lubilam. Jednakze operuje we mnie podswiadomy juz schemat wtloczony przez nauczycieli, matke, system szkolny, ze jestem w tym slaba. Wymyka mi sie to czasami ze swiadomosci i kiedy mialam statystyke na psychologii, pare razy szybko sie zniechecalam tlumaczac sobie, ze "zawsze bylam slaba z matematyki". Sila tego przekazu czasami mnie oslepia i zaciemnia dowod, ze jest inaczej. Bylam z matematyki bardzo dobra w szkole sredniej i bardzo to lubilam. Dlatego obiecalam sobie mocniej pracowac nad pamiecia o tym dowodzie do tego stopnia, ze mam w planach rozpoczecie nauki w tym kierunku tak dla cwiczenia umyslu i emocji, ktore pamietam z przeszlosci. Prawdopodobnie nie bedzie latwo, ale ja lubie wyzwania mozgowe, ktore mnie rajcuja. Mam pare takich planow na przyszlosc bo wlasnie jestem jak dziecko. Udalo mi sie zachowac ta ciekawosc swiata, ta pasje do odkrywania nowych rzeczy o swiecie i ludziach. Jednakze system nawet juz w doroslym zyciu ciagle probuje zamknac takich ludzi w pudelku. Systemy szkolne, zasady, opinie, oceny, tego musze sie uczyc teraz, a nie tego, kiedy akurat mam ochote na czytanie na temat mozgu i neurologii a nie Freuda. Ale w szkole jest program, trzeba zdawac egzaminy, pisac eseje aby dostac kawalek papieru, ktory bedzie rozpoznawalny w systemie ludzkim. Systemie sztucznym i okropnie sztywnym, wykreowanych przez ludzi bez wyobrazni. Ale jak sie ma papierek, to wtedy i wszyscy Cie bardziej sluchaja - bo masz dowod, ze cos skonczylas. Nie wazne, ze wiekszosc ludzi po miesiacu nie pamieta wiekszosci co sie nauczyla. Jezeli kierunek jest traktowany jako przedmiot do wykucia, aby zdobyc zawod i miec z czego zyc po prostu.... Nie dla mnie. Poniewaz slucham co mnie kreci jestem w ciaglym rozwoju. To jest pasja. I poniewaz tym zyje, nie ma dnia, ze czegos nowego na temat psychologii, psychoterapii, socjologii itd itd sie nie ucze. Ciagly rozwoj z pasji. A pasja wynika z zycia. Bo jak tu nie byc zainteresowanym tym co mnie otacza i co jest we mnie?
To mi sie w glowie nie miesci...

Pozdrawiam :-)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Relacje

Gdyby ludzie ktorych zakwalifikowalam do swojego serca jako przyjaciol rozumieli na prawde co to dla mnie oznacza.... Nie sa tego swiadomi jak ciezko jest mi formulowac zwiazki emocjonalne.... Nie wiedza bo skad maja wiedziec...Ciezko mi to wyrazic.  Szczegolnie kiedy zaufanie przewaznie nie bylo czyms co mialo realne podstawy w moim zyciu osobistym. Wszyscy zawodzili..... doslownie wszyscy....Tylko nie Cezar... moj piesek....Kocham go do dzis. Dlatego moze moim najsilnieszym punktem relacji jest przyjazn. To jest relacja, ktora doglebnie czuje i rozumiem. Lojalnosc... zaufanie... wsparcie.... rozumiem to do dna, bo moj Cezar pokazal mi to w najczystej postaci, w postaci naturalnej, bez manipulacji i ego...Na palcach jednej reki moge zliczyc osobniki ludzkiej natury, ktore skradly mi w ten sposob serce.... Ale sa.....ciesze sie, ze potrafie zaufac chocby w przyjazni i potrafie czuc, ze oddaje czesc wazna dla siebie, czesc mnie. Kiedy staje sie to z ludzmi jest to podwojne swieto. Bo manipulacja czyli naturalna sklonnosc malp czyli czlowieka przedstawia chaos w swiecie pewnych wyzszych wartosci, jak dla mnie. Natomiast reprezantacja wilka, ktora mozna znalezc jako skarb wsrod wyjatkowych ludzi to cud, ktory jest swietem mojej duszy....


Badzcie Wilkiem - nie Malpa....
Czuje czystosc energii i tam naleze, nie zgadzam sie na mielizny...
Po tej ksiazce zrozumiecie o czym mowie.